"... wziąwszy Xże Jeo Mść z każdego usarskiego i kozackiego pocztu po jednemu koniu tak jako służyć powinni, przebrawszy przytym 200 dragonów na wybór, co wszystko uczyniło 750 człowieka, przydawszy im za głowę P. Jurzyca Rotmistrza, Pana Jerzego Wysockiego Towarzysza z pod chorągwi, Pana Komorowskiego, ludzi rycerskich i dzieła tego wiadomych, a przytym dwóch Capitanów Kr. Jeo M., Pana Morego i P. Marwica (dragoni gwardii JKM), ruszył się z nimi w imię Boże ku Smoleńskowi tym sposobem.
We wtorek die 1 Martij na zmroku puścił te ludzie przed sobą do Zarnówki mil ztąd trzy od obozu, aby tam i sobie i koniom wytchnęli, bo im trzeba było iść na koło, a sam nazajutrz raniusieńko ruszył się ze wszytkim wojskiem (jeśli się tak mała garść ludzi wojskiem nazwać może) za niemi. Z Zarnówki tedy powrócili oni z dobrymi kałauzami, których im przydał Xże Jeo Mść za Dniepr, a sam prostym gościńcem poszedł ku Smoleńskowi, postanowiwszy z nimi, że miał podstąpić pod tabory moskiewskie z nimi o północy, albo z północy zaraz i zatrzymać ich na sobie, żeby się bawiąc nimi, im prześcia nie bronili, a oni żeby tym czasem o tejże godzinie miejscami pewnemi, które się najsposobniejsze i najbezpieczniejsze zdały, przechodzili ku zamkowi; i tak się stało, że XJM. na czasie naznaczonym podstąpił pod tabory Kniazia Prozorowskiego i Nahiego, który był na najwiętszej przeszkodzie, tym porządkiem.
Wyprawił przed sobą Pana Wojewodzica Smoleńskiego z pierwszym pułkiem, przydawszy mu ostatek z drugich chorągwi kozackich i dragońską jednę, a on miał w swym pułku dwie rajtarskie, trzy kozackie chorągwie i jednę dragońską, a sam z usarskiemi chorągwiami tylko, których liczba 7, ale pod nimi względem ludzi na Smoleńsk wysłanych i pocztów rotmistrzowskich ledwie było 500 koni, stanął mu w posiłku w półku jednym, nad które tam inszego nie było, tuż niedaleko, piechotę zaś z działkami zasadził u jednej przeprawy dla retirady, jeśliby wszytką nawalnością na nas nastąpili. Ale Pan Bóg tak nam z łaski swej favebat, że nieprzyjaciołom serce odjął, bo Pan Wojewodzic, ledwie co od Xcia Jeo Mści odszedszy, zaraz napadł na straż ich placową, która tak blisko taboru stała, że naszym słyszeć było głos, kiedy się Moskwa do gotowości pobudzała, w której było cztery chorągwie, zniósł ich, Rotmistrza jednego i kilku Bojar żywcem wziął, a naszych tylko dwu postrzelono, i wjechał na nich w samy niemal tabor, choć barzo trudna przez rzeczkę Jesienną przeprawa była i to przecie Moskwy nie pobudziło, żeby w pole wyszli, tylko w taborze sroga trwoga była. Potym kazał XJM. kilkakroć pod same ostrożki podpadać, jakoż czynili to ochotnie ludzie naszy, podpadali, strzelali, wywabiali, ale się i pies nie ukazał. Trwało to tak aż do samego świtania i dotąd aż nam z zamku hasło dano, które był XJM. P. Jurzycowi naznaczył, że ludzie weszli, to jest puszczono na powietrze strzał kilka z łuku z racami, umyślnie nato od Xcia Jeo Mści Panu Jurzycowi danych, z kilku dział wystrzelono i ogień z wieże wystawiono. Co gdy naszy postrzegli i powiedzieli Xciu JM., toż odstąpił, nie mając tam już na co więcej czekać.
Dopiero kiedychmy odchodzili i już rozdniewać poczęło, ukazało się kilkadziesiąt koni nazierkiem za nami, ale skoro się nieco naszych raz i drugi ku nim odwróciło, za tym tył podali i wrócili się do taboru, wyprawili też byli kilka chorągwi (rozumiejąc, że czata), w tył nam chcąc zachodzić, ale i ci, skoro zdaleka postrzegli piechotę i czeladź loźną przy niej pod chorągiewkami stojącą, której był Xże Jeo M. niemały hufiec zebrał, zaraz jak im w gębę dał odwrót uczynili i pobiegli na ciemne lasy. Interim P. Jurzyć i z tymi ludźmi miał czas barzo dobry i pogodny do wykonania wszytkiego, co mu się poleciło, bo i noc nierówno od inszych cieplejsza była i, choć to świeżo po pełni, dosyć było ciemno dla mgły, która przez całą noc trwała, i nieprzyjaciel tak był ubezpieczony, że nie tylko w taborze, ale i ci, co na straży, na obie uszy (jako mówią) spali, ale się kęs spóźnił, nie wiedzieć, czy dla distantiej więtszej drogi, czy dla tego, że celikami iść musiał, a śniegi, śron srodze wielki tak, że i najduższe konie jezdne walać się w nim musiały, czy dla jakiej inszej przyczyny, bo miasto tego, co miał o północy stanąć pod murami, to aż przededniem stanął. W czym Pan Bóg wszechmogący jako z jednej miary wielką swą łaskę ukazał, że P. Jurzyc i z drugiemi starszymi wszedł do muru, że 500 circiter człeka usarzów, kozaków, dragonów, tak, jako powiadają, że im i włos z głowy nie spadł, i niewiedzieć, jeśli ich nieprzyjaciel i postrzegł, tak z drugiej strony nie chciał nam Pan Bóg dać doskonałej pociechy, bo ci drudzy, co pozad szli, niewiedzieć quo fato vel infortunio pozostali od nich, i taki je błąd opanował, że się błąkali po lasach, po polach od taboru do taboru moskiewskiego aż godzin półtory, jeśli nie więcej na dzień, a do zamku trafić nie mogli i zaszli aż niemal za tabor Szehinów i za drugi, co na Dziewiczej gorze stoi, a potym ich taka desperatia, jako powiadają, napadła, że mogąc nazad wrócić się cało, nie chcieli, choć ich snadź niektórzy, mianowicie kapitan Marwic, upominali, ale się resolvowali przebijać do zamku i tak wprzód natrafili na straż, którą znieśli, ale potym, gdy nawalność nastąpiła, nie mogąc impetu strzymać, zstarszy się z nimi jednak dobrze i nie mało ich i kogoś zacnego (bo w sobolach z złocistym buzdyganem na koniu dobrym siedział) położywszy, poszli w rozsypkę, jakoż ich tu już do kilku dziesiąt przybiegło i coraz drudzy przyjeżdżają.
A ku Orszy jadących podkano też ze 30 człowieka naszyńców i niemców, a drudzy snadź ku Witepskowi Kaspelskim gościńcem poszli, zaczym rozumiemy, że ich nie wiele zginęło, o kilku tylko towarzyszach powiadają, że zginęli. A P. Marwica Kapitana snadź samego żywcem wzięto i o ostatku kompaniej jego udają, jakoby za okrążeniem od Moskwy i obiecaniem z sobą dobrego obeścia mieli się zdać, lecz i tych już przyszło kilku, a drudzy snadź i obóz minęli; wszakże o tym wszystkim po dniu i drugim będzie pewniejsza wiadomość, kiedy się ich więcej zbierze, kiedy się inquisitia odprawi, którą XJM. dziś zaczął z tymi, co się już wrócili, kiedy się da Bóg języków z wojska nieprzyjacielskiego zaciągnie, dla których i dziś wyprawił XJM. i jutro da Bóg w drugą stronę wyprawi, kiedy Xiążęciu Jeo M. Pan Jurzyć da znać z zamku, jako wszedł do zamku i jako się tam co działo, czego się prędko pewnie spodziewa XJe°M., bo ma przy sobie kilka takich przydanych sobie odXcia Jeo Mści, co i krom tego podjęli się przynieść Xciu Jeo Mści z zamku wiadomość.
A teraz godziło się i to oznajmić, co prima fama attulit, ale to jednak nieomylna, że P. Jurzyć pewnie wszedł do zamku z tymi ludźmi, jako się wyzszej pomieniło, bo to i ci twierdzą, co z tamtąd uszli, i lyznicy, których Xże Jeo M. nazierkiem za nimi wyprawił, toż powiadają i sama rzecz świadczy, bo nam hasło z zamku dano, a u tych, co się tu wracają, wielki opyt czyni Xże Jeo M., żeby impune nie poszło temu, kto się w tym winny najdzie, że nam tak dobre i dobrze napięte rzeczy popsował. Lecz i za to chwała Bogu, że się i tą kilką set ludzi Smoleńsk posilił. Bez pochyby, kiedy by to w cudzych krajach ludziom w dziele rycerskim biegłym powiedziano, iż fortecy od 60000 wojska oblężonej drugie wojsko, nie mając w sobie nad 3000 ludzi, dodało 500 człowieka z tak małą iakturą swoich (i to nie za dzielnością, ani ostrożnością nieprzyjacielską, ale za nieszczęściem i errorem jakimsi, który snadź ten był, że po koniu celikiem lasami idąc usnął ktoś w nocy i zatrzymał drugich, że ci pierwszy uszli od nich, a owi zaś trafić za niemi nie mogli), tedy(by) temu albo nie wierzono, albo się srodze dziwowano. Ale i to każdy baczny i affektu niechętnego próżny człowiek bez pochyby przyzna, iż się wielkiej rzeczy dokazało. A że się ten error stał, za którym nie wszyscy, którzy na to destinowani byli weszli, tego i najwiętsza zazdrość i złość ludzka nie może Hetmanowi imputować, który dosyć z siebie czynił, że sposób obmyślił, że miejsce do prześcia sposobne wynalazł, że czas do wykonania zręczny upatrzył, że kałauzy dobre dał, że nieprzyjaciela od tamtej strony na się odwrócił i zatrzymał od wszelakiej przeszkody, że dał tym ludziom, którzy przechodzić mieli dobrą ordinatią, że nie odstąpił od taborów nieprzyjacielskich, aż mu hasło umówione z zamku dano, iż ludzie do zamku weszli. A że to wszytko było, skutek świadczy, bo wszyscy, którzy się ordynatiej XJM. trzymali, a to z łaski Bożej cało i dobrze weszli. A że drudzy czy z głupstwa, czy z niedbalstwa, czy ze złości, jeszcze nie możemy doskonale wiedzieć, pobłądzili i ordynacyej XJeo M. uchybili, któż w tym winien? Chybaby kto tak szalony się znalazł, coby Boga chciał winować, iż taka wola Jego, ale temu trudno rzec, czemu tak?"
Chciałbym tu podać pewne dane dotyczące drogi. Między Krasne a Żarnówką jest około 15 km, z Żarnówki do Smoleńska przez Kuzin jest około 50 km (pułkownik W. Lipowski podaje około 40 km). Jak wynika z opisu, drugi etap drogi żołnierze musieli pokonać w ciągu około 18 godzin, czyli od rana 2 marca do północy z 2 na 3 marca. Dzięki internetowi możemy się dowiedzieć, że 2 marca dzień trwa 10 godzin i 53 minuty. Czyli część drogi wojsko pokonywało w nocy. Mając 18 godzin na przejazd oddział mógł jechać z prędkością około 2,7 km na godzinę. Dla konnego oddziału, jak i dla piechoty takie tempo marszu wydawałoby się powolne. Jak wiemy wszyscy byli konno, w oddziale jechali kozacy, husarze i dragoni gwardii JKM, by nie spowalniać grupy. Powolne tempo marszu prawdopodobnie wynikało ze złych warunków pogodowych, źródła wspominają o wielkiej ilości śniegu zalegającego na polach i drogach. Ze względu na bliskość obozów wroga i możliwości spotkania wrogiej czaty żołnierze musieli iść w ciągłej gotowości bojowej. Musieli też przebyć Dniepr, pewnie jeszcze zamarznięty, ale to jednak przeszkoda.
Hetman ruszył rankiem z Krasnego w stronę obozu Prozorowskiego położonego za rzeką Jesienną. Z Krasne do Smoleńska jest około 60 km. Obóz Prozorowskiego leżał około 5 kilometrów na zachód od miasta. Oddział hetmana musiał dotrzeć na miejsce jeszcze przed północą by zaatakować wroga i odciągnąć jego uwagę od oddziałów Jurzyca. Zakładam że musieli dotrzeć około 18-20 do celu. Czyli tempo marszu musiało wynosić 4-4,5 km na godzinę. Zadanie swoje wykonali bardzo dobrze. Cała akcja została dobrze zsynchronizowana co wydaje się być niemożliwe w takich warunkach. Oddział odsieczowy nie był niepokojony przez Moskwicinów. Jedynie wskutek pogubienia drogo nie wszyscy dotarli do Bramy Królewskiej w Smoleńsku.
Wspominam też nasze ostatnie rekognoskowanie w Puszczy Kampinoskiej. Śednie tempo marszu wyszło około 2-2,5 km na godzinę. Szliśmy w roztapiającym się śniegu, z przerwą na popas. Oczywiście kondycyjnie też nie dokońca byliśmy przygotowani na taki dystans. Jednak nie mieliśmy zbyt dużego obciążenia i nie wyglądaliśmy za każdym zakrętem wroga :). Trzeba przyznać, że żołnierze w XVII wieku gotowi byli na wiele poświęceń i byli zahartowani. Trzeba ich podziwiać.
We wtorek die 1 Martij na zmroku puścił te ludzie przed sobą do Zarnówki mil ztąd trzy od obozu, aby tam i sobie i koniom wytchnęli, bo im trzeba było iść na koło, a sam nazajutrz raniusieńko ruszył się ze wszytkim wojskiem (jeśli się tak mała garść ludzi wojskiem nazwać może) za niemi. Z Zarnówki tedy powrócili oni z dobrymi kałauzami, których im przydał Xże Jeo Mść za Dniepr, a sam prostym gościńcem poszedł ku Smoleńskowi, postanowiwszy z nimi, że miał podstąpić pod tabory moskiewskie z nimi o północy, albo z północy zaraz i zatrzymać ich na sobie, żeby się bawiąc nimi, im prześcia nie bronili, a oni żeby tym czasem o tejże godzinie miejscami pewnemi, które się najsposobniejsze i najbezpieczniejsze zdały, przechodzili ku zamkowi; i tak się stało, że XJM. na czasie naznaczonym podstąpił pod tabory Kniazia Prozorowskiego i Nahiego, który był na najwiętszej przeszkodzie, tym porządkiem.
![]() |
Prawdopodobna trasa oddziału rotmistrza Jurzyca. |
Wyprawił przed sobą Pana Wojewodzica Smoleńskiego z pierwszym pułkiem, przydawszy mu ostatek z drugich chorągwi kozackich i dragońską jednę, a on miał w swym pułku dwie rajtarskie, trzy kozackie chorągwie i jednę dragońską, a sam z usarskiemi chorągwiami tylko, których liczba 7, ale pod nimi względem ludzi na Smoleńsk wysłanych i pocztów rotmistrzowskich ledwie było 500 koni, stanął mu w posiłku w półku jednym, nad które tam inszego nie było, tuż niedaleko, piechotę zaś z działkami zasadził u jednej przeprawy dla retirady, jeśliby wszytką nawalnością na nas nastąpili. Ale Pan Bóg tak nam z łaski swej favebat, że nieprzyjaciołom serce odjął, bo Pan Wojewodzic, ledwie co od Xcia Jeo Mści odszedszy, zaraz napadł na straż ich placową, która tak blisko taboru stała, że naszym słyszeć było głos, kiedy się Moskwa do gotowości pobudzała, w której było cztery chorągwie, zniósł ich, Rotmistrza jednego i kilku Bojar żywcem wziął, a naszych tylko dwu postrzelono, i wjechał na nich w samy niemal tabor, choć barzo trudna przez rzeczkę Jesienną przeprawa była i to przecie Moskwy nie pobudziło, żeby w pole wyszli, tylko w taborze sroga trwoga była. Potym kazał XJM. kilkakroć pod same ostrożki podpadać, jakoż czynili to ochotnie ludzie naszy, podpadali, strzelali, wywabiali, ale się i pies nie ukazał. Trwało to tak aż do samego świtania i dotąd aż nam z zamku hasło dano, które był XJM. P. Jurzycowi naznaczył, że ludzie weszli, to jest puszczono na powietrze strzał kilka z łuku z racami, umyślnie nato od Xcia Jeo Mści Panu Jurzycowi danych, z kilku dział wystrzelono i ogień z wieże wystawiono. Co gdy naszy postrzegli i powiedzieli Xciu JM., toż odstąpił, nie mając tam już na co więcej czekać.
Dopiero kiedychmy odchodzili i już rozdniewać poczęło, ukazało się kilkadziesiąt koni nazierkiem za nami, ale skoro się nieco naszych raz i drugi ku nim odwróciło, za tym tył podali i wrócili się do taboru, wyprawili też byli kilka chorągwi (rozumiejąc, że czata), w tył nam chcąc zachodzić, ale i ci, skoro zdaleka postrzegli piechotę i czeladź loźną przy niej pod chorągiewkami stojącą, której był Xże Jeo M. niemały hufiec zebrał, zaraz jak im w gębę dał odwrót uczynili i pobiegli na ciemne lasy. Interim P. Jurzyć i z tymi ludźmi miał czas barzo dobry i pogodny do wykonania wszytkiego, co mu się poleciło, bo i noc nierówno od inszych cieplejsza była i, choć to świeżo po pełni, dosyć było ciemno dla mgły, która przez całą noc trwała, i nieprzyjaciel tak był ubezpieczony, że nie tylko w taborze, ale i ci, co na straży, na obie uszy (jako mówią) spali, ale się kęs spóźnił, nie wiedzieć, czy dla distantiej więtszej drogi, czy dla tego, że celikami iść musiał, a śniegi, śron srodze wielki tak, że i najduższe konie jezdne walać się w nim musiały, czy dla jakiej inszej przyczyny, bo miasto tego, co miał o północy stanąć pod murami, to aż przededniem stanął. W czym Pan Bóg wszechmogący jako z jednej miary wielką swą łaskę ukazał, że P. Jurzyc i z drugiemi starszymi wszedł do muru, że 500 circiter człeka usarzów, kozaków, dragonów, tak, jako powiadają, że im i włos z głowy nie spadł, i niewiedzieć, jeśli ich nieprzyjaciel i postrzegł, tak z drugiej strony nie chciał nam Pan Bóg dać doskonałej pociechy, bo ci drudzy, co pozad szli, niewiedzieć quo fato vel infortunio pozostali od nich, i taki je błąd opanował, że się błąkali po lasach, po polach od taboru do taboru moskiewskiego aż godzin półtory, jeśli nie więcej na dzień, a do zamku trafić nie mogli i zaszli aż niemal za tabor Szehinów i za drugi, co na Dziewiczej gorze stoi, a potym ich taka desperatia, jako powiadają, napadła, że mogąc nazad wrócić się cało, nie chcieli, choć ich snadź niektórzy, mianowicie kapitan Marwic, upominali, ale się resolvowali przebijać do zamku i tak wprzód natrafili na straż, którą znieśli, ale potym, gdy nawalność nastąpiła, nie mogąc impetu strzymać, zstarszy się z nimi jednak dobrze i nie mało ich i kogoś zacnego (bo w sobolach z złocistym buzdyganem na koniu dobrym siedział) położywszy, poszli w rozsypkę, jakoż ich tu już do kilku dziesiąt przybiegło i coraz drudzy przyjeżdżają.
A ku Orszy jadących podkano też ze 30 człowieka naszyńców i niemców, a drudzy snadź ku Witepskowi Kaspelskim gościńcem poszli, zaczym rozumiemy, że ich nie wiele zginęło, o kilku tylko towarzyszach powiadają, że zginęli. A P. Marwica Kapitana snadź samego żywcem wzięto i o ostatku kompaniej jego udają, jakoby za okrążeniem od Moskwy i obiecaniem z sobą dobrego obeścia mieli się zdać, lecz i tych już przyszło kilku, a drudzy snadź i obóz minęli; wszakże o tym wszystkim po dniu i drugim będzie pewniejsza wiadomość, kiedy się ich więcej zbierze, kiedy się inquisitia odprawi, którą XJM. dziś zaczął z tymi, co się już wrócili, kiedy się da Bóg języków z wojska nieprzyjacielskiego zaciągnie, dla których i dziś wyprawił XJM. i jutro da Bóg w drugą stronę wyprawi, kiedy Xiążęciu Jeo M. Pan Jurzyć da znać z zamku, jako wszedł do zamku i jako się tam co działo, czego się prędko pewnie spodziewa XJe°M., bo ma przy sobie kilka takich przydanych sobie odXcia Jeo Mści, co i krom tego podjęli się przynieść Xciu Jeo Mści z zamku wiadomość.
A teraz godziło się i to oznajmić, co prima fama attulit, ale to jednak nieomylna, że P. Jurzyć pewnie wszedł do zamku z tymi ludźmi, jako się wyzszej pomieniło, bo to i ci twierdzą, co z tamtąd uszli, i lyznicy, których Xże Jeo M. nazierkiem za nimi wyprawił, toż powiadają i sama rzecz świadczy, bo nam hasło z zamku dano, a u tych, co się tu wracają, wielki opyt czyni Xże Jeo M., żeby impune nie poszło temu, kto się w tym winny najdzie, że nam tak dobre i dobrze napięte rzeczy popsował. Lecz i za to chwała Bogu, że się i tą kilką set ludzi Smoleńsk posilił. Bez pochyby, kiedy by to w cudzych krajach ludziom w dziele rycerskim biegłym powiedziano, iż fortecy od 60000 wojska oblężonej drugie wojsko, nie mając w sobie nad 3000 ludzi, dodało 500 człowieka z tak małą iakturą swoich (i to nie za dzielnością, ani ostrożnością nieprzyjacielską, ale za nieszczęściem i errorem jakimsi, który snadź ten był, że po koniu celikiem lasami idąc usnął ktoś w nocy i zatrzymał drugich, że ci pierwszy uszli od nich, a owi zaś trafić za niemi nie mogli), tedy(by) temu albo nie wierzono, albo się srodze dziwowano. Ale i to każdy baczny i affektu niechętnego próżny człowiek bez pochyby przyzna, iż się wielkiej rzeczy dokazało. A że się ten error stał, za którym nie wszyscy, którzy na to destinowani byli weszli, tego i najwiętsza zazdrość i złość ludzka nie może Hetmanowi imputować, który dosyć z siebie czynił, że sposób obmyślił, że miejsce do prześcia sposobne wynalazł, że czas do wykonania zręczny upatrzył, że kałauzy dobre dał, że nieprzyjaciela od tamtej strony na się odwrócił i zatrzymał od wszelakiej przeszkody, że dał tym ludziom, którzy przechodzić mieli dobrą ordinatią, że nie odstąpił od taborów nieprzyjacielskich, aż mu hasło umówione z zamku dano, iż ludzie do zamku weszli. A że to wszytko było, skutek świadczy, bo wszyscy, którzy się ordynatiej XJM. trzymali, a to z łaski Bożej cało i dobrze weszli. A że drudzy czy z głupstwa, czy z niedbalstwa, czy ze złości, jeszcze nie możemy doskonale wiedzieć, pobłądzili i ordynacyej XJeo M. uchybili, któż w tym winien? Chybaby kto tak szalony się znalazł, coby Boga chciał winować, iż taka wola Jego, ale temu trudno rzec, czemu tak?"
Chciałbym tu podać pewne dane dotyczące drogi. Między Krasne a Żarnówką jest około 15 km, z Żarnówki do Smoleńska przez Kuzin jest około 50 km (pułkownik W. Lipowski podaje około 40 km). Jak wynika z opisu, drugi etap drogi żołnierze musieli pokonać w ciągu około 18 godzin, czyli od rana 2 marca do północy z 2 na 3 marca. Dzięki internetowi możemy się dowiedzieć, że 2 marca dzień trwa 10 godzin i 53 minuty. Czyli część drogi wojsko pokonywało w nocy. Mając 18 godzin na przejazd oddział mógł jechać z prędkością około 2,7 km na godzinę. Dla konnego oddziału, jak i dla piechoty takie tempo marszu wydawałoby się powolne. Jak wiemy wszyscy byli konno, w oddziale jechali kozacy, husarze i dragoni gwardii JKM, by nie spowalniać grupy. Powolne tempo marszu prawdopodobnie wynikało ze złych warunków pogodowych, źródła wspominają o wielkiej ilości śniegu zalegającego na polach i drogach. Ze względu na bliskość obozów wroga i możliwości spotkania wrogiej czaty żołnierze musieli iść w ciągłej gotowości bojowej. Musieli też przebyć Dniepr, pewnie jeszcze zamarznięty, ale to jednak przeszkoda.
Hetman ruszył rankiem z Krasnego w stronę obozu Prozorowskiego położonego za rzeką Jesienną. Z Krasne do Smoleńska jest około 60 km. Obóz Prozorowskiego leżał około 5 kilometrów na zachód od miasta. Oddział hetmana musiał dotrzeć na miejsce jeszcze przed północą by zaatakować wroga i odciągnąć jego uwagę od oddziałów Jurzyca. Zakładam że musieli dotrzeć około 18-20 do celu. Czyli tempo marszu musiało wynosić 4-4,5 km na godzinę. Zadanie swoje wykonali bardzo dobrze. Cała akcja została dobrze zsynchronizowana co wydaje się być niemożliwe w takich warunkach. Oddział odsieczowy nie był niepokojony przez Moskwicinów. Jedynie wskutek pogubienia drogo nie wszyscy dotarli do Bramy Królewskiej w Smoleńsku.
Wspominam też nasze ostatnie rekognoskowanie w Puszczy Kampinoskiej. Śednie tempo marszu wyszło około 2-2,5 km na godzinę. Szliśmy w roztapiającym się śniegu, z przerwą na popas. Oczywiście kondycyjnie też nie dokońca byliśmy przygotowani na taki dystans. Jednak nie mieliśmy zbyt dużego obciążenia i nie wyglądaliśmy za każdym zakrętem wroga :). Trzeba przyznać, że żołnierze w XVII wieku gotowi byli na wiele poświęceń i byli zahartowani. Trzeba ich podziwiać.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz